Obserwatorzy

niedziela, 26 lipca 2026

Chłodny lipiec











 Po upałach czerwcowych ani śladu. Mnie jakoś te upały szczególnie nie dały się we znaki. Pozasłaniałam od zewnątrz okna czym się dało, a mój dom wyglądał jak jak jeden ze slumsów na przedmieściach upadłego miasta.

Ważne, że w  środku temperatura nie przekraczała 24 stopni. 

Po niesamowitej suszy i po upałach nastały deszczowe dni. Nacieszyć się tym deszczem nie mogę z kilku powodów. Rachityczne, przesuszone rośliny się regenerują, a ja w tym czasie wyciągnęłam maszynę do szycia. Jako, że jestem z " letka"  nieforemna, przynajmniej w myśl konstruktorów odzieży, więc wiele rzeczy muszę sobie przerabiać lub uszyć. Z tym szyciem to raczej ten...tego. Jak mam jakąś rzecz nie nadającą się do noszenia, to śmielej operuję nożyczkami i na ogół mi coś tam wyjdzie. A jak nie wyjdzie, to żadna strata i tak  się do niczego nie nadawało. Najbardziej jestem zadowolona z poszerzenia spodni rurek, których  szczerze nienawidziłam, a w moim rozmiarze  czasami  nie dało się niczego innego kupić. Wyszło mi coś takiego:

I bluzka uszyta od zera , ale też przeróbka:



Nie będę tutaj prezentowała wszystkich moich wyczynów krawieckich, bo uzbierało się tego trochę. Chwalę się tylko  bluzką i spodniami, bo nacieszyć się nimi nie mogę.  Uczę się mozolnie sama przy pomocy tutoriali zamieszczonych  na You Tube. Lubię siedzieć przy maszynie do szycia i coś tam dłubać . Krawiectwo  to  ciepłe wspomnienie mojego dzieciństwa i tu wrzucę trochę historii.

 W czasie  II wojny światowej Niemcy przymusowo przyuczali polską młodzież  w wieku 12 -14 lat do zawodu  poprzez szkolnictwo zawodowe.  Kształcono  polskie dzieci na robotników wykwalifikowanych, którzy mieli pracować na potrzeby Rzeszy.  Tym oto sposobem mój ojciec nauczył się krawiectwa ciężkiego specjalnego.  Szył dla wszelkiej maści ludzi nieforemnych  - krzywych, z garbem, nieproporcjonalnie zbudowanych. Po wojnie rodzice zamieszkali w Pabianicach , a ojciec jako wykwalifikowany krawiec nie miał problemów z pracą, tyle tylko, że tej roboty szczerze nienawidził.  Było to zajęcie  ciężkie  i niewdzięczne. Po iluś latach rzucił tę prace, ale jeszcze wiele lat potem w domu terkotała maszyna do szycia i czuć było zapach oliwy do maszyny.

W takich warunkach spędziłam dzieciństwo i do dzisiaj dźwięk maszyny, zapachy  związane z szyciem, prasowaniem wywołują we mnie miłe wspomnienia.

   Lipiec to okres kwitnienia lawendy i wrotyczu, ziół odstraszające niepożądane owady.Świetnie nadają się na suszki, bo zachowują kolor. Z  wrotyczu zrobiłam wieniec do domu. Po czterech dniach, lekko przeschnięty   przyniosłam do mieszkania. Zapach niedosuszonego ziela połączony z działaniem bakterii gnilnych na jeszcze wilgotnych źdźbłach, był tak intensywny, że  po chwili wyleciałam z nim z domu z prędkością światła.  Głowa mało mi nie odpadła od intensywnego zapachu, a mdłości  próbowały wykręcić żołądek.  Kiedy moje dzieło w końcu wyschło zupełnie ,powiesiłam  nad oknem i mam nadzieję, że będzie  mnie chronił przed zbłąkanym latającym zwierzem . Mnie o mało nie pozbawił życia, to może i zadziała na owady.



No, a skoro o zwierzętach mowa. ..Po starym sadzie na polu pozostała tylko samotna jabłoń papierówka. Pod nią rozgościły się sarny - matka i trzy młode urwisy. Przychodzą spragnione i mimo wystawionej wody, wolą zżerać jabłka. Najpierw zjadły mi truskawki łącznie z krzaczkami, potem wrąbały mi porzeczki razem z młodymi przyrostami, teraz jabłka. Ja im tych jabłek nie żałuję, ale jak spadnie jakieś ładne ,to nadgryzą i szukają świeżego.  Trwa  pomiędzy nami wyścig kto pierwszy rano po owocki. (A u mnie codziennie świeżutki kompocik .) Uważam, że jestem właścicielem i mam pierwszeństwo, poza tym  skoro wylegują się cały dzień , to mają czas i mogą się zadowolić tymi mniejszymi jabłuszkami.  Ponadto  swoją obecnością zabierają  nam  mnóstwo czasu, bo to takie miłe obserwować jak małe ssą mamę, albo ganiają się po polu. 

Nami się specjalnie nie przejmują.  






- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Fajnie, że do mnie zaglądacie. Życzę Wam przyjemnych, leniwych letnich  dni.

                                                                                              Jola 

 






 

 

czwartek, 4 czerwca 2026

Wernisaż












    Po wysłaniu swojej Zimowej wróżki na konkurs  Inspirujemy kolorem , zostałam zaproszona na wernisaż, który się odbył 28 marca br. w Tomaszowie Mazowieckim.  Organizatorem była firma DMC i tomaszowskie muzeum . Ponieważ to tylko 126 km, wybrałam się tam  z psiapsiółką Alicją.  Nawiasem mówiąc Alicja w nieznanym mi terenie, okazała się  świetnym pilotem, co mi znacznie ułatwiło jazdę .

   Przyjechałyśmy na sam moment otwarcia . Przy tylnych drzwiach auli kłębił się  duży tłum ludzi, dla których brakło siedzeń, więc  przeszłyśmy do drugiego wejścia, które było na wprost siedzeń dla VIP-ów.

  Szybko znalazły się dla nas krzesła i siedziałyśmy wygodnie w pierwszych  rzędach. Nagrody, podziękowania itp, a na zakończenie część artystyczna i tu... niespodzianka. Wystąpił ze swoim zespołem właściciel firmy DMC na Polskę, nobliwy starszy pan. Na początek się skrzywiłam, ale pan miał świetny głos, zespól muzycznie był bez zarzutu, czuć było duży profesjonalizm, a wykonywali  głównie znane  utwory  filmowe 

 Zaskoczyło mnie to, że było tak dużo młodych ludzi parających się haftem, zarówno pań i co prawda w mniejszości , ale byli też panowie. W powszechnej opinii panuje przekonanie, że to zajęcie dla starszych pań  😂.  Tematyka i sposób wykonania haftów też się bardzo zmienia. Niemalże nie ma już topornych obrazków, wyszywanych ogromnymi krzyżykami. Prawie wszystkie prace to ciekawa tematyka, subtelne cieniowania, malutkie krzyżyki.

Niestety, nie dało się zrobić przyzwoitych zdjęć. Hafty były za szybami , w których odbijało się światło i inni ludzie. Ponadto ścisk był niesamowity.  Na zdjęciu tego nie widać, ale ogromna sala była wypełniona po brzegi.

 




Pierwszą nagrodę zdobyła Madonna z dzieciątkiem ( w której odbija się żyrandol).

Ponieważ wystawa była w tomaszowskim muzeum, więc też obejrzałyśmy sobie tamtejsze ekspozycje i pojechałyśmy zobaczyć   słynne  Niebieskie Źródła.

 





Niebieskie Źródła to rezerwat przyrody w Tomaszowie Mazowieckim, w dolinie rzeki Pilicy. Z wywietrzysk krasowych wypływa woda o charakterystycznym intensywnym zabarwieniu jasnoniebieskim, błękitnym, albo turkusowym. Barwa jest zjawiskiem optycznym i wynika z rozszczepienia światła słonecznego w wyjątkowo  czystej wodzie, podścielonej białym, wapiennym piaskiem.

 

  U mnie na tapet wzięta maszyna do szycia, ale o tym innym razem. W moich okolicach (Równina Kutnowska) niepospolita susza. Na mapach pokazujących wilgotność gleby dominuje kolor brązowy, W tym roku nie mieliśmy ani jednego porządnego deszczu.  Czasami tylko trochę siąpi. 

Na rośliny w ogródku aż żal patrzeć. Co nie zniszczyły mrozy, to zeżarły nornice, albo zniszczyła susza. 

Ekh, życie...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Dziękuję Wam za odwiedziny i za pozostawiony ślad.  Jola 

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Marzenia się spełniają (albo nie)

 


    Są sytuacje, ludzie, wydarzenia, które chcielibyśmy poznać bliżej albo w nich uczestniczyć. 

    Tak było też ze spotkaniem z pisarzem Kamilem Janickim, specjalizującym się w opisywaniu historii społecznej i dziejów  życia codziennego. Janicki jest autorem m.in. takich książek jak Dziesięcina, Pańszczyzna, Wawel, Warcholstwo, Damy Polskiego Imperium . Prowadzi też na You Tube kanał Wielka Historia.  Sam o sobie mówi, że nie skupia się na datach i bitwach, ale  na odkrywaniu zapomnianych i przemilczanych kart historii.  Jak zawsze, jeśli się wsadzi kij w mrowisko  jak zrobił to Janicki z historią,  ma się zarówno zwolenników i przeciwników. Ja i moja rodzina należymy do zwolenników, natomiast przeciwnicy zarzucają mu m.in. wyolbrzymianie negatywnego obrazu stosunków społecznych w dawnej Polsce.

   Biorąc to wszystko pod uwagę, chcieliśmy poznać Kamila Janickiego bliżej i wybraliśmy się 19 marca  do Żyrardowa  na spotkanie, które zorganizowała tamtejsza biblioteka publiczna.  Pisarz okazał się czarującym mówcą. Opowiadał w ciekawy sposób pewne zawiłości,  podpierając się tzw. twardymi danymi ale i nie stroniąc od humoru. Sala nie mieściła wszystkich chętnych i na koniec, gdyby nie stanowcze słowa organizatora, to spotkanie przeciągnęłoby się jeszcze bardziej.


    Po tym wydarzeniu wróciła mi równowaga spowodowana   niesmakiem po obejrzeniu spektaklu kabaretu K2. Nasz gminny dom kultury zaprosił kabaret K2 z okazji Dnia Kobiet. Przedstawiane skecze, mówiąc kolokwialnie, szorowały po dnie pełnego mułu i wodorostów.

   W momencie, w którym piszę kończy się drugi dzień świąt wielkanocnych. U mnie po wizycie gości już panuje cisza . Często na Wielkanoc wyjeżdżamy wszyscy razem, ale teraz z różnych powodów, wyjazd nie był planowany. Ponieważ wszyscy zjechali już w sobotę, więc zorganizowaliśmy wspólne malowanie pisanek.




    Nikt nie wie, co było pierwsze - jajo czy kura, więc ja sobie namalowałam jajo złote, a raczej miedziane i jeszcze drugie  srebrne. Może w przyszłym roku doczekam się kury, która znosi złote jajka.

    Dziękuję serdecznie za życzenia, które zamieściliście na swoich blogach i życzę serdecznie udanej końcówki Świąt oraz   dyngusowej  wody .

                              Jola