Po upałach czerwcowych ani śladu. Mnie jakoś te upały szczególnie nie dały się we znaki. Pozasłaniałam od zewnątrz okna czym się dało, a mój dom wyglądał jak jak jeden ze slumsów na przedmieściach upadłego miasta.
Ważne, że w środku temperatura nie przekraczała 24 stopni.
Po niesamowitej suszy i po upałach nastały deszczowe dni. Nacieszyć się tym deszczem nie mogę z kilku powodów. Rachityczne, przesuszone rośliny się regenerują, a ja w tym czasie wyciągnęłam maszynę do szycia. Jako, że jestem z " letka" nieforemna, przynajmniej w myśl konstruktorów odzieży, więc wiele rzeczy muszę sobie przerabiać lub uszyć. Z tym szyciem to raczej ten...tego. Jak mam jakąś rzecz nie nadającą się do noszenia, to śmielej operuję nożyczkami i na ogół mi coś tam wyjdzie. A jak nie wyjdzie, to żadna strata i tak się do niczego nie nadawało. Najbardziej jestem zadowolona z poszerzenia spodni rurek, których szczerze nienawidziłam, a w moim rozmiarze czasami nie dało się niczego innego kupić. Wyszło mi coś takiego:
Nie będę tutaj prezentowała wszystkich moich wyczynów krawieckich, bo uzbierało się tego trochę. Chwalę się tylko bluzką i spodniami, bo nacieszyć się nimi nie mogę. Uczę się mozolnie sama przy pomocy tutoriali zamieszczonych na You Tube. Lubię siedzieć przy maszynie do szycia i coś tam dłubać . Krawiectwo to ciepłe wspomnienie mojego dzieciństwa i tu wrzucę trochę historii.
W czasie II wojny światowej Niemcy przymusowo przyuczali polską młodzież w wieku 12 -14 lat do zawodu poprzez szkolnictwo zawodowe. Kształcono polskie dzieci na robotników wykwalifikowanych, którzy mieli pracować na potrzeby Rzeszy. Tym oto sposobem mój ojciec nauczył się krawiectwa ciężkiego specjalnego. Szył dla wszelkiej maści ludzi nieforemnych - krzywych, z garbem, nieproporcjonalnie zbudowanych. Po wojnie rodzice zamieszkali w Pabianicach , a ojciec jako wykwalifikowany krawiec nie miał problemów z pracą, tyle tylko, że tej roboty szczerze nienawidził. Było to zajęcie ciężkie i niewdzięczne. Po iluś latach rzucił tę prace, ale jeszcze wiele lat potem w domu terkotała maszyna do szycia i czuć było zapach oliwy do maszyny.
W takich warunkach spędziłam dzieciństwo i do dzisiaj dźwięk maszyny, zapachy związane z szyciem, prasowaniem wywołują we mnie miłe wspomnienia.
Lipiec to okres kwitnienia lawendy i wrotyczu, ziół odstraszające niepożądane owady.Świetnie nadają się na suszki, bo zachowują kolor. Z wrotyczu zrobiłam wieniec do domu. Po czterech dniach, lekko przeschnięty przyniosłam do mieszkania. Zapach niedosuszonego ziela połączony z działaniem bakterii gnilnych na jeszcze wilgotnych źdźbłach, był tak intensywny, że po chwili wyleciałam z nim z domu z prędkością światła. Głowa mało mi nie odpadła od intensywnego zapachu, a mdłości próbowały wykręcić żołądek. Kiedy moje dzieło w końcu wyschło zupełnie ,powiesiłam nad oknem i mam nadzieję, że będzie mnie chronił przed zbłąkanym latającym zwierzem . Mnie o mało nie pozbawił życia, to może i zadziała na owady.
No, a skoro o zwierzętach mowa. ..Po starym sadzie na polu pozostała tylko samotna jabłoń papierówka. Pod nią rozgościły się sarny - matka i trzy młode urwisy. Przychodzą spragnione i mimo wystawionej wody, wolą zżerać jabłka. Najpierw zjadły mi truskawki łącznie z krzaczkami, potem wrąbały mi porzeczki razem z młodymi przyrostami, teraz jabłka. Ja im tych jabłek nie żałuję, ale jak spadnie jakieś ładne ,to nadgryzą i szukają świeżego. Trwa pomiędzy nami wyścig kto pierwszy rano po owocki. (A u mnie codziennie świeżutki kompocik .) Uważam, że jestem właścicielem i mam pierwszeństwo, poza tym skoro wylegują się cały dzień , to mają czas i mogą się zadowolić tymi mniejszymi jabłuszkami. Ponadto swoją obecnością zabierają nam mnóstwo czasu, bo to takie miłe obserwować jak małe ssą mamę, albo ganiają się po polu.
Nami się specjalnie nie przejmują.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Fajnie, że do mnie zaglądacie. Życzę Wam przyjemnych, leniwych letnich dni.
Jola








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz